
Wrzesień pachnie schyłkiem.
Lubię chodzić na spacery w okolice pobliskich ogródków działkowych. Ostatnio bardzo często czuję tam zapach ogniska.
Momentalnie przypomina mi się dzieciństwo. Sterty suchych resztek roślinnych zaraz po zbiorach. I ten charakterystyczny zapach dymu z ich palenia.
Ciepły, kadzidlany.
Słońce grzeje jeszcze mocno, ale chłód łapie już za gołe kostki. Nadchodzi czas ciemności.
Bardzo go lubię.
Nie zawsze tak było.
Dawniej jesień i zima były dla mnie najgorszą częścią roku. Bardzo męczyła mnie ciemność. Te długie wieczory, krótkie dni, mało światła. Przełączałam się wtedy w tryb przetrwania i próbowałam jakoś przeczekać do wiosny.
Coś zaczęło się zmieniać, kiedy cztery lata temu przeprowadziłam się do Tarnowa. Był początek listopada.
Układałam się na nowo z rzeczywistością i układałam się na nowo ze sobą. To był czas konfrontowania się z ciemnością. Nie tylko tą, która coraz szybciej spowijała łyse drzewa za oknem, ale też tą, którą nosiłam w sobie. Dobijały się do mnie różne trudne historie. I jednocześnie przychodziła coraz większa gotowość, żeby spotkać się z potworami, które się w tej ciemności czaiły.
Kiedy zaczęłam je oswajać – włączać w tkankę życia, zamiast je odrzucać – sama ciemność również przestała być dla mnie straszna.
Zrozumiałam wtedy, że wcześniej jesień i zima były tak trudne między innymi dlatego, że zmuszały mnie do zatrzymania. A kiedy się zatrzymywałam, dopadało mnie to, czego wcale nie chciałam widzieć (i wiedzieć).
Pamiętam, że tamtego listopada stworzyłam całe mnóstwo kolaży.
Każdy z nich porządkował nie tylko wycinki z gazet, ale też mój wewnętrzny chaos, nadając mu kształt.
Początek i koniec.
Tytuł.
Tak powstał mój pierwszy Dziennik Wglądów, rodzaj wizualnego pamiętnika.
Kiedy nauczyłam się “obsługiwać” swoją własną wewnętrzną ciemność, ta zewnętrzna stała się ukojeniem. Czymś miękkim i otulającym. Bardzo twórczym. Introspektywnym. Refleksyjnym.
Zamieszkałam w Tarnowie i zamieszkałam w tej ciemności.
Rozgościłam się w nich na dobre.
Dzisiaj o wiele bardziej męczy mnie lato – z całą jego jaskrawością, upałami i rozedrganiem. Lato na maksa mnie przebodźcowuje. Dlatego rzadziej do Ciebie pisałam.
Odkąd polubiłam się z ciemnością, zawsze na nią czekam. Najbardziej właśnie na listopadowe noce. Są aksamitnie ciemne i ciche.
Kiedy więc nadchodzi wrzesień, czuję, że wracam do siebie. Do domu. Że wracam z wygnania. To czas spotkania się ze sobą na głębszym poziomie.
Mam poczucie, że kiedy wchodzę w ciemność świadomie, docieram do skarbów, których nie jestem w stanie dostrzec w oślepiającym słońcu.
Jesień jest jak tych skarbów odkrywanie.
Kto wie?
Być może w tym roku Ty również wyruszysz na poszukiwanie swoich?
Trzymaj się ciepło
i dbaj o siebie,
Justyna Sekuła
