
Kilka dni temu brałam udział w Kręgu Opowieści Porodowych – jako uczestniczka. Było to przepiękne, głębokie i karmiące doświadczenie, które ciągle się jeszcze we mnie układa.
Układa i dojrzewa.
Bardzo długo omijałam kręgi tego typu.
Wydawało mi się, że jeżeli nie jestem matką, to ten temat mnie nie dotyczy, bo przecież sama nie rodziłam. Nie jestem też w ciąży i nie przygotowuję się do porodu, więc nie myślałam o tym, że perspektywa narodzin – jako początku życia – może być dla mnie interesująca.
Za to wielokrtonie w ciągu ostatnich lat bywałam na Death Cafe – spotkaniach dla osób, które w bezpiecznej atmosferze chcą rozmawiać o śmierci, umieraniu i żałobie. Takie wydarzenia odbywają się regularnie w Instytucie Dobrej Śmierci, którego jestem częścią. Zdarzyło mi się również te spotkania współprowadzić.
Temat śmierci wielokrotnie przewinął się przez Krąg Opowieści Porodowych.
Śmierć, która ciasnym uściskiem splata się z momentem narodzin, jest historią mojego rodu. A poprzez mój ród, również moją.
To historia, która od kilku dobrych lat upominała się w moim życiu o swoje miejsce. I o słowa, które ją pomieszczą.
To historia, którą wnosiłam na Death Cafe, w procesy terapeutyczne, twórcze, rytualne, a także w wiele prywatnych rozmów z kobietami, które miały gotowość, by o tym mówić.
To historia, która chciała być zauważona tyle razy, ile razy przez te wszystkie lata była przemilczana.
Co nie znaczy, że zmniejszało się jej znaczenie.
Wręcz przeciwnie.
Im bardziej była przemilczana, tym bardziej trawiła mnie od środka.
Czułam, że ta historia będzie chciała pójść ze mną na Krąg Opowieści Porodowych i również tam wybrzmieć. Po raz kolejny. Właśnie tam, u sedna, w miejscu, w którym się zaczęła.
Przy porodach.
Być może właśnie to, na głębszym poziomie, mnie do tego kręgu zawołało. Bardzo się cieszę, że za tym poszłam.
Śmierć dzieci w rodzinie – historie poronień, aborcji, ciąż obumarłych, martwych urodzeń, śmierci okołoporodowych, chorób, wypadków i dzieci, o których w rodzinie z różnych powodów przestano mówić – to potężny temat.
Na który społecznie i kulturowo mamy bardzo mało miejsca. Dlatego chcę się przy nim dzisiaj zatrzymać.
Wiem, stoimy u progu lata i być może wydaje Ci się, że to nie jest rzecz na teraz.
Że teraz powinno być lekko, jasno, wakacyjnie. Że są truskawki, bose stopy, ciepłe wieczory i rozmowy przy otwartym oknie.
Ale być może dzisiaj piszę właśnie do Ciebie.
Do Ciebie, jeśli nosisz w sobie historię, o której rzadko mówi się na głos. Do Ciebie, jeśli w Twoim rodzie były dzieci, które zniknęły z rodzinnej historii tak szybko, że nikt nie wiedział, jak je opłakać.
Chcę Ci dać znać, że są miejsca, w których możesz swoją historię opowiedzieć i zostać z nią przyjęta.
Bez tłumaczenia, że „to było dawno temu” albo że „nie ma już do czego wracać”.
Najpewniej jest.
Chcę, żebyś wiedziała, że są przestrzenie, w których nie trzeba pomniejszać swojego doświadczenia. Nie trzeba go wygładzać. I nie trzeba dopasowywać do cudzych oczekiwań.
Można po prostu przyjść z tym, co jest.
I zostać wysłuchaną.
Za to kocham Kręgi Opowieści.
Trzymaj się ciepło
i dbaj o siebie,
Justyna Sekuła
