
Jan Matejko malował „Bitwę pod Grunwaldem” przez około 6 lat.
Sam obraz jest naprawdę ogromny!
Ma prawie 10 metrów szerokości i ponad 4 metry wysokości.
Dla lepszego wyobrażenia: ten obraz jest mniej więcej tak szeroki jak cztery miejsca parkingowe obok siebie i wyższy niż ściana w przeciętnym mieszkaniu (w tym momencie patrzę na ścianę, którą mam przed sobą i aż mnie skręca na myśl o takim formacie).
Przy takim punkcie odniesienia łatwo uwierzyć, że twórczość musi być MONUMENTALNA, żeby w ogóle miała JAKĄKOLWIEK wartość.
Takie przekonanie nazwałam sobie roboczo Syndromem Matejki.
Albo wielka sztuka, albo nic.
Syndrom Matejki dotyczy osób, które:
✦ myślą, że twórczość jest tylko dla wybitnych,
✦ stawiają znak równości między tworzeniem a talentem,
✦ traktują kreatywność jak szkolny egzamin,
✦ wstydzą się robić coś „nieprofesjonalnego”.
Efekt?
Człowiek dotknięty Syndromem Matejki odcina się od własnej twórczości, zanim w ogóle da jej szansę zaistnieć.
I to nawet nie chodzi o to, że „nie jest kreatywny”, tylko że sobie na tę kreatywność nie pozwala.
Jak przełamać Syndrom Matejki?
Jak najprościej 🙂
Łap ćwiczenie:
Weź pierwszą lepszą kartkę i dwa długopisy lub ołówki. Jeden w jedną rękę, drugi w drugą. A potem po prostu zacznij bazgrać, dwoma rękami równocześnie – jakkolwiek i cokolwiek.
Zrób to szybko, zanim włączy się ten dobrze znany Ci głos, który mówi, że to bez sensu albo że marnujesz czas na pierdoły.
Chodzi o to, żeby wejść w twórczy gest wcześniej, niż pojawi się ocena tego, co robisz. Pozwól temu gestowi się „rozkręcić”, również w ręce, która nie jest dla Ciebie dominująca.
Tyle wystarczy.
Pamiętam, że kiedy robiłam to ćwiczenie po raz pierwszy, doznałam czegoś na kształ olśnienia (serio).
Na początku czułam duży opór i ogromną blokadę.
Nie zraziłam się jednak i bazgrałam dalej.
W pewnym momencie, gdy odzyskałam swobodę, pojawiło się we mnie bardzo dziwne, ale wyraźne odczucie, że nie tylko ja rysuję kreskę, ale też „kreska rysuje mną” – tak właśnie wtedy to sobie nazwałam.
I z jednej strony to faktycznie było o rysowaniu.
A z drugiej o puszczaniu kontroli i o fundamentalnym zaufaniu do twórczej siły, większej ode mnie. I o współdziałaniu z nią, bez wizji końcowego efektu.
To było proste i głębokie doświadczenie.
Właśnie w tamtym momencie zdecydowałam, że chcę na poważnie zająć się arteterapią. Równocześnie poczułam, że arteterapia na poważnie chce się zająć mną.
I że na tym polega powołanie.
Bardzo lubię wracać do tego ćwiczenia, zwłaszcza wtedy, kiedy czuję, że gdzieś w życiu utknęłam.
Spróbuj.
Kto wie, jakie wglądy przyjdą do Ciebie?
Trzymaj się ciepło
i dbaj o siebie,
Justyna Sekuła
