Listy

[List] O Syndromie Matejki

2026-04-0227 sierpnia, 2026No Comments

Jan Matejko malował „Bitwę pod Grunwaldem” przez około 6 lat.

Sam obraz jest naprawdę ogromny!

Ma prawie 10 metrów szerokości i ponad 4 metry wysokości.

Dla lepszego wyobrażenia: ten obraz jest mniej więcej tak szeroki jak cztery miejsca parkingowe obok siebie i wyższy niż ściana w przeciętnym mieszkaniu (w tym momencie patrzę na ścianę, którą mam przed sobą i aż mnie skręca na myśl o takim formacie).

Przy takim punkcie odniesienia łatwo uwierzyć, że twórczość musi być MONUMENTALNA, żeby w ogóle miała JAKĄKOLWIEK wartość.

Takie przekonanie nazwałam sobie roboczo Syndromem Matejki.

Albo wielka sztuka, albo nic.

Syndrom Matejki dotyczy osób, które:

✦ myślą, że twórczość jest tylko dla wybitnych,

✦ stawiają znak równości między tworzeniem a talentem,

✦ traktują kreatywność jak szkolny egzamin,

✦ wstydzą się robić coś „nieprofesjonalnego”.

Efekt?

Człowiek dotknięty Syndromem Matejki odcina się od własnej twórczości, zanim w ogóle da jej szansę zaistnieć. 

I to nawet nie chodzi o to, że „nie jest kreatywny”, tylko że sobie na tę kreatywność nie pozwala.

Jak przełamać Syndrom Matejki?

Jak najprościej 🙂

Łap ćwiczenie:

Weź pierwszą lepszą kartkę i dwa długopisy lub ołówki. Jeden w jedną rękę, drugi w drugą. A potem po prostu zacznij bazgrać, dwoma rękami równocześnie – jakkolwiek i cokolwiek.

Zrób to szybko, zanim włączy się ten dobrze znany Ci głos, który mówi, że to bez sensu albo że marnujesz czas na pierdoły. 

Chodzi o to, żeby wejść w twórczy gest wcześniej, niż pojawi się ocena tego, co robisz. Pozwól temu gestowi się „rozkręcić”, również w ręce, która nie jest dla Ciebie dominująca.

Tyle wystarczy.

Pamiętam, że kiedy robiłam to ćwiczenie po raz pierwszy, doznałam czegoś na kształ olśnienia (serio). 

Na początku czułam duży opór i ogromną blokadę.

Nie zraziłam się jednak i bazgrałam dalej.

W pewnym momencie, gdy odzyskałam swobodę, pojawiło się we mnie bardzo dziwne, ale wyraźne odczucie, że nie tylko ja rysuję kreskę, ale też kreska rysuje mną” – tak właśnie wtedy to sobie nazwałam.

I z jednej strony to faktycznie było o rysowaniu.

A z drugiej o puszczaniu kontroli i o fundamentalnym zaufaniu do twórczej siły, większej ode mnie. I o współdziałaniu z nią, bez wizji końcowego efektu. 

To było proste i głębokie doświadczenie.

Właśnie w tamtym momencie zdecydowałam, że chcę na poważnie zająć się arteterapią. Równocześnie poczułam, że arteterapia na poważnie chce się zająć mną.

I że na tym polega powołanie.

Bardzo lubię wracać do tego ćwiczenia, zwłaszcza wtedy, kiedy czuję, że gdzieś w życiu utknęłam.

Spróbuj.

Kto wie, jakie wglądy przyjdą do Ciebie?

Trzymaj się ciepło
i dbaj o siebie,
Justyna Sekuła

Ciekawe? Zostaw komentarz :)