
Refleksyjna twórczość bywa narzędziem głębokiej przemiany, ale potrafi też stać się formą ochrony przed naruszeniem starego porządku.
Przez refleksyjną twórczość rozumiem taki rodzaj wyrażania siebie, który nie służy przede wszystkim produkowaniu „czegoś”, ale pogłębianiu kontaktu ze sobą.
To twórczość, która pomaga m.in. zatrzymać się, coś nazwać, coś wyraźniej zobaczyć, dotknąć własnych przeżyć, napięć, pragnień i wewnętrznych prawd.
Można się w tym nieźle zapętlić (i czasem mi się to zdarza).
Wygląda to wtedy tak:
Każda refleksja otwiera drzwi do kolejnych.
Za jednym wglądem pojawia się następny, za jednym rozpoznaniem kolejne „jeszcze głębiej”, za jednym nazwaniem następna warstwa do zintegrowania.
To bardzo wciągający proces.
Refleksyjna twórczość (np. pisanie w dzienniku) może dawać poczucie głębi i sensu, a jednocześnie nie wymaga jeszcze tego, czego domaga się realna zmiana – ryzyka, niewygody, konfrontacji, działania mimo braku pewności, zgody na niedoskonałość nowych początków i przeżycia żałoby po starej wersji siebie.
Prawda jest jednak taka, że kolejne i kolejne wglądy pochłaniają całe mnóstwo energii.
Człowiek bardzo dużo czuje i jeszcze więcej przetwarza, podczas gdy w realnym życiu często nadal nie zapada żadna konkretna decyzja.
Życie pozostaje niemal bez zmian, mimo że wewnętrznie koszt takich rozkminek jest ogromny.
Rzeczą, która najbardziej pomogła mi nie tylko reflektować, ale też wcielać te refleksje w codzienność, było nauczenie się przekładania wglądów na bardzo konkretne, ale małe ruchy.
Żadne tam wielkie życiowe rewolucje.
Drobne zmiany.
Mikrozmiany.
To one zaczęły stopniowo reorganizować moją codzienność, zamiast tylko zasilać kolejne refleksje o tym, co fajnie byłoby kiedyś zrobić / zmienić / doświadczyć.
Pięknie opisana stagnacja, to wciąż stagnacja.
Jestem ciekawa, czy znasz ten stan?
Trzymaj się ciepło
i dbaj o siebie,
Justyna Sekuła
